13Milówka09 – „krótki” opis

W zeszłym tygodniu, a dokładniej w dniach 22-28.09.2013 odbył się obóz informatyczny w Milówce, którego byłem uczestnikiem. Został zorganizowany przez Stowarzyszenie Talent i różnił się nieco od tego wakacyjnego. Do napisania tego postu zostałem „zachęcony” przez pewnego znajomego (mam wiernych czytelników, jakby to wyraziła Fluttershy – yay!).

Ten post w sumie będzie dużo krótszy od poprzedniego – po prostu nie ma wiele co opisywać (albo mi się nie chce :P). Poprawka: jednakże wyszło zdecydowanie więcej niż podejrzewałem 😛

Rekrutacja

Rekrutacja, a raczej ocena wniosków, była przeprowadzona w nieco dziwny sposób. Aby dostać się za darmo należało się pochwalić w kilku kryteriach, takich jak szczególne osiągnięcia w olimpiadach, umiejętności artystyczne oraz udokumentowany wolontariat. Wraz ze mną zgłosiło się trzech znajomych – jeden w sumie tylko po to, by nie iść do szkoły (pozostawił nawet puste pola w formularzu), więc nic dziwnego, iż go nie przyjęli. Ku mojemu zaskoczeniu inny znajomy – Admixior – który w sumie miał bardzo podobne preferencje do moich nie dostał się na obóz. Co dziwniejsze – jeden z laureatów pewnego ogólnoświatowego konkursu organizowanego przez Google także nie został zakwalifikowany do obozu… Jedni mówią, że to random, inni że wytyczne MEN (finansowało obóz) – no cóż, pozostaje się tylko cieszyć, że to ja zostałem wybrany 🙂

Początek obozu

W sumie z początku było niezłe zamieszanie. Zanim jeszcze dojechałem na obóz zostałem przeniesiony do innego pokoju – rzekomo jakiegoś projektu organizowanego przez Urząd Marszałkowski (UM; jakiś znad morza). Rzekomo na poprzednim obozie nie można było się wymieniać pokojami między obozami. Tu proszę – nawet Pan kierownik wyraził zgodę. Na szczęście nie było żadnych problemów przy wyjaśnianiu sytuacji z kierownikami – wprawdzie była możliwość dostawienia łóżka do innego pokoju, jednakże w tym moim pomieszczeniu znalazł się finalista Olimpiady Informatycznej (pozdrowienia Adrian!) i po przeniesieniu go z projektu UM na obóz informatyczny postanowiłem zostać. Później przez krótki czas były jeszcze drobne problemy z ustaleniem wychowawstwa w pokoju, ale ostatecznie wychowawca mi został przydzielony ten, co był od samego początku (uwzględnili moją prośbę w zgłoszeniu!). Nieźle to wyglądało – dwóch opiekunów i każdy przychodzi o różnej porze, tylko do swoich podopiecznych 😛 Świetna organizacja (choć w sumie skuteczniejsza – co dwóch to nie jeden). Choć w sumie… „Wstawaj, nie śpij! Hm, w sumie to nie jesteś moim podopiecznym, możesz spać dalej” – chwilę przed śniadaniem, po którym miał być odjazd 😛

System

System obozu wyglądał nieco inaczej – było pięć grup. Tym razem, skoro obóz nazywał się „Obóz Łowców Talentów”, łowiło się talenty – ryby. Z informatyki powstały trzy grupy: łosie* łososie – przegotowujący się do Olimpiady Informatycznej, dorsze – Olimpiada Informatyczna Gimnazjalistów oraz śledzie – grupa początkujących (męczyli ich Pascalem! :O). Grupa z matematyki nazywała się makrele, natomiast z fizyki początkowo były flądry, choć na prośbę opiekuna prowadzącego zmieniono nazwę na halibuty. Jeżeli mnie słuchy nie zmyliły to na fizyce rzekomo były tylko 3 osoby – przypominam, iż miesiąc temu z powodu tylko dwóch chętnych nie zorganizowano zajęć z tej dziedziny. Znamy więc próg! 🙂
System na jakim pracowaliśmy – jak to bywa na obozach Stowarzyszenia Talent – był SOIG-iem (System Olimpiady Informatycznej Gimnazjalistów) w wersji 2.
* tak nazwał to Pan Prezes za pierwszym razem 🙂

Przeciętny dzień

Połowa osób z pokoju należała do projektu UM, a druga połowa do obozu informatycznego. Dwaj pierwsi osobnicy (pozdrowienia dla Robertów!) mieli strasznie napakowany plan – z rana wycieczki, później zajęcia chyba ze wszystkiego. Z kolei dzień mój i Adriana wyglądał tak: wstać, zjeść śniadanie, robić zadania, zjeść obiad, chwila przerwy, zjeść kolację, iść na dogrywkę, spać. Iście fascynujący, tylko klepać kod, jeść i spać 😛
Tutaj warto wspomnieć o różnicy między łososiami, a dorszami. W łososiach po śniadaniu miało się 4-godzinną sesję z trzema zadaniami, po czym następowało omówienie, przez które zazwyczaj się spóźniano na obiad (tak, świetna organizacja planu dnia). Tutaj zadania były wybitnie trudne. Za każdym razem Pan Prezes, Ryszard Szubartowski, zarządzał dogrywkę dla X ostatnich osób w rankingu (zazwyczaj zdecydowana większość łososi). Kilka najgorszych osób spadało wtedy do grupy niżej, a z dorszy przybywało w zamian kilka nowych twarzy. Pamiętam, jak w pierwszym dniu zostałem z zerem punktów i musiałem iść na dogrywkę. Drugiego chciałem zdobyć parę punktów, byle tylko nie iść na dogrywkę – niestety – moja radość tymi kilkudziesięcioma punktami zakończyła się, gdy Pan Prezes zarządził próg 100 pkt 🙁 W większości przypadków miałem powód do radości, lecz do niezadowolenia także – wiedziałem jak rozwiązać zadanie, dobrze było rozpisane na papierze, ale niestety były lekko zbugowane, zawierało np. integer overflow (LL-int*int).
Jak wyglądał dzień w grupie dorszy? Szczerze mówiąc – nie wiem. Nigdy tam nie spadłem, z czego jestem zadowolony. Generalnie to z rana mieli parę prostych zadań, bodajże 3 i bodajże 2.5h czasu (lub nieco więcej). Popołudniami/wieczorami mieli zawody drużynowe, łączone z UM-em. Pamiętna rozpacz kolegi z pokoju – „zabrali nam kurna wszystkich informatyków” i mimo rozwiązanego zadania nie wiedzieli, jak je zakodzić.

Z początku obozu, w wolnym czasie chciałem rozwiązywać contest stały (odpowiednik runa leśnego z zeszłego obozu; ciekawe dlaczego teraz nie zrobili oceanu? 😉 ), lecz Adrian nie miał ochoty, a samemu było bardzo… nudno i ciężko (zapomniane części rozwiązania). Postanowiłem więc przejść po pokojach i – tak! – znalazłem jeden całkiem mi odpowiadający. Kodzili tam CAŁY CZAS! Pozdrowienia tutaj dla dwóch Michałów, Wojtka, Piotrka (dobrze pamiętam?), Ani oraz Marty i Natalii. Marta grywała nam na gitarze podczas kodzenia – naprawdę było całkiem przyjemnie. Natalia w sumie przychodziła sobie pogadać 😛 Lepiej – kiedyś przyszła do pokoju i przyniosła hasło dostępowe do lokalnego hotspotu! Na poprzednim obozie nie udało się nam zdobyć dostępu. Przynajmniej na przyszłe Milówki będę znać hasło 🙂

Końcem obozu – może ciężko będzie Wam w to uwierzyć, ale straciłem trochę ochotę na programowanie. Podziwiam ludzi z dziesiątki (tak, to ci wcześniej wymienieni), którzy do samego końca, mimo świadomości, iż tak nie sprawdzą rozwiązania, rozwiązywali zadania dalej. Ja w tym czasie w sumie albo robiłem tutorial vima (zauroczyłem się <3), albo rozmawiałem sobie z częścią kadry (ostatecznie w ich pokoju, naprzeciwko dziesiątki :P), choć w sumie rozpoczęło się od Kamila (pozdrowienia!): pukam do pokoju kadry, "- Jest Kamil? - Jestem. - Masz czas? - Tak, a co? - A nudzi mi się, chcesz pogadać? - Przychodzisz tu, bo ci się po prostu nudzi? - Tak. - A to spoko. " 😀 Przy okazji dowiedziałem się trochę o procesie przygotowywania zadań (system "kuweta" - bo prosto się pisało na klawiaturze 😛 aktualnie "sowa" - w bashu; Piotrek (pozdrowionka!) przepisuje rzekomo na Pythona 2.7, by działało szybciej). Dowiedziałem się także wiele innych ciekawych informacji, które jednak z pewnych względów pominę. W tym miejscu pozwolę sobie wspomnieć o OS-ie, z którego korzystałem. Mam wolnego laptopa i po używaniu mojego stacjonarnego po prostu bym nie wytrzymał nerwowo (dobra, wytrzymałbym; w końcu cierpliwość to cnota :P). Korzystałem z Ubuntu, które szczerze mówiąc bardzo mi się spodobało. Ach, ten pamiętny wieczór przed wyjazdem, gdy próbowałem zainstalować dedykowane drivery do karty graficznej - całe środowisko graficzne poszło... Ale po kilku godzinach udało się naprawić - szkoda, że kolega, który mnie pilotował, spytał się o model mojej karty *PO* instalacji driverów... Pamiętam dogrywkę, podczas której postanowiłem przedebuggować kod pod Visualem - win7 uruchamiał się 5 min, i przez kolejne 5 lekko przymulał. Porównajmy to z Ubuntu, które startowało w niecałą minutę. Różnica jest i to niemała. Dodam, iż głównie korzystałem z guake'a do... prawie wszystkiego - tworzenia katalogów, odpalania IDE, etc. Programowałem w Geanym - bardzo przyjemne środowisko, choć w guake'u było widać assercje - widać programiści musieli coś w nim namieszać :). Później miałem ochotę także na vima, ale tutorial (vimtutor) zacząłem przerabiać końcem obozu.

Konkurs talentów

Tu się działo naprawdę wiele! Tu objawiły się dwa naprawdę wspaniałe talenty. Marta zagrała na gitarze i zaśpiewała równocześnie *swoją własną* piosenkę, i to nie taką banalną, była naprawdę piękna! (Jeśli to czytasz Marta – nagrałaś ją i wrzuciłaś gdzieś do Internetu? 🙂 ). Drugą z kolei osobą była pewna dziewczyna, której imienia ani nazwiska niestety nie pamiętam – śpiewała niczym profesjonalistka!
Dobra, teraz omówię inne, bardzo ciekawe i oryginalne talenty. Z samego początku kolega (wybacz, zapomniałem imienia, ale pozdrawiam!) pił wodę… nosem! Rzekomo koledzy go do tego przekonywali po tym, jak na początku chcąc sprawdzić co za dziwną ciecz dostał do obiadu (kompot), powąchał ją i przypadkiem wciągnął 😛 Dalej – był niesamowity talent – włączanie i wyłączanie listwy elektrycznej! Był skok przez Juliana (tak, jeden wielkolud przeskakiwał drugiego!), był skok przez nogę (chłopak trzymał ręką jedną nogę w powietrzu i drugą nogą przeskakiwał tę pierwszą). Rzekomo jednego delikwenta zgłosili koledzy i – o dziwo – coś przygotował – znikanie nóg! Po prostu wziął ręcznik i powoli podnosząc podnosił także nogę, która „znikała”. Szkoda, że nie udało mu to się z obiema dolnymi kończynami 😛 Jedna osoba z tego co pamiętam to robiła coś na ramce do szydełkowania. Paweł (pozdrowienia!) grał nawet w Guitar Hero na projektorze – o dziwo dostał srebrny medal (za ciekawy pomysł)! Miał być także występ gry na skrzypcach, co pewnie byłoby bardzo ciekawe, ale niestety tej osobie rozstroił się instrument. Pamiętam także, iż inna osoba miała sporą tremę i też nie wystąpiła. Było także coś, czego bym się nie spodziewał – balet. Dziewczyna wprawdzie nie dostała wiele głosów od publiczności, ale została nagrodzona przez Jury.

W tym miejscu mogę także wspomnieć o pewnym trollu jadłodajni w piątek. Na śniadanie i kolację nie było dostępnej szynki ani parówek. Do ziemniaków dano rybę, ale do zupy – no niestety – mięso wrzucili. Wspomnę także, iż odbyły się dyskusje przy obiedzie, że każdy powinien dostać taką rybę, w jakiej jest grupie 😛

Wykłady, prelekcje

Z początku niezbyt miłą informacją było, iż wykłady odbywają się wtedy co dogrywka – nie miałem przybyć. Na szczęście później zmieniono nieco plan na korzyść mojej grupy – łososi. Wykłady były głównie związane z matematyką oraz fizyką. Nie ukrywam, te, w których uczestniczyłem, były ciekawe. Tutaj warto wspomnieć o prelekcji Soukupa, twórcy Baltiego. Jak nie trudno się domyślić – mówił o Baltim. Nie ukrywam, może ten „język programowania” jest ciekawy i z początku był ciekawie zaprezentowany, jednakże później prelegent wpadł w jakiś „nacjonalizm/rasizm językowy” i siał niemałą propagandę wśród uczestników, żeby tylko ich przekonać, że Baltie jest najlepszy, że można programować jedną ręką i nie trzeba się męczyć pisząc niezrozumiałe przez nikogo literki… Jak ujrzałem i usłyszałem zadowolenie wśród młodszych uczestników to… nie wiem jak to opisać. Zwłaszcza później, jak ktoś, kto w miarę zna się na programowaniu wdał się w dyskusję, to twórca Baltiego zamiast trafnie odpowiedzieć na pytanie to w kółko powtarzał, że Baltie jest lepszy i nie ma co mylić pojęć (a sam je mylił).

Końcowe dni

Końcem obozu wieczorami (były dwa takie) wprowadzono karaoke, gry logiczne oraz ktulu – to ostatnie z inicjatywy uczestników (pozdrowienia Kuba i „twojej świcie”!). Dodatkowo w przedostatni dzień było ognisko. Ktulu to rzekomo mafia, tyle, że ulepszona. Pamiętam – wbiłem tam na chwilę, 30 minut po rozpoczęciu się zabawy i… były nadal tłumaczone zasady – mówili o jakiejś szamance co ziółka może podkładać (rzekomo jest nawet dziwka, która potrafi zauroczyć innych) xD Przy karaoke czuwał wolontariusz Olek (pozdrawiam!), którego w sumie wszędzie widziałem, z kolei trzech pozostałych tylko na podziękowaniu na zakończeniu obozu. W każdym razie Olek, w przeciwieństwie do Pana Arka na zeszłym obozie, wydłużał karaoke ile się tylko dało! 🙂 Na grach logicznych w sumie nie byłem, ale jeżeli to było w stylu tych zagadek logicznych, co były na LSMT, to można żałować.

Pod koniec odbyła się gala zakończeniowa. Wolontariusz Olek każdego wypytywał o to jak połączył dziedzinę XXX z informatyką. Padły śmieszne pytania (do Pana Prezesa – „Jak połączył Pan informatykę z informatyką?” – rzekomo to była cybernetyka, a nie informatyka :P), jak i odpowiedzi – „To po prostu informatyka służy fizyce”. Świetne nagrody otrzymywali także zwycięzcy konkretnych kategorii grup wiekowych (do 14 lat, do 16 lat, „open”) – wielki atlas ryb! Co ciekawe – w dwóch ostatnich grupach mistrzem była ta sama osoba – dostała dwa identyczne, ogromne i zarazem ciężkie atlasy 😛 Już przed samym odjazdem, co już opowiadałem wcześniej, wylądowałem w pokoju kadry i rozmawialiśmy o różnych pierdołach. W pamięci utkwił mi moment, kiedy musiałem wyjść, bowiem zaraz miałem odjechać – Kamil przyznał się, jak na poprzednim obozie upieprzył się pastą do zębów i w wszyscy w pokoju (czyt. Jędrzej – pozdrawiam!) się śmiali xD

Koniec. Pewnie nudniejsze od poprzedniego postu, ale tam było o czym pisać, był Szwajkos i Rudy, był też i m4tx… W sumie post napisałem, jak we wstępie już zdążyłem wspomnieć, z racji na jednego, wiernego czytelnika. Pozdrawiam! 🙂

Dodaj komentarz